17-04-2009, 10:30 PM
Żeby nie być tylko "teoretycznym" górołazem, ale i "praktycznym", postanowiłem wrzucić tutaj relację z wyjazdu.
Co prawda wyjazd był w zeszłym roku, ale pisana była tuż po powrocie, a więc przy pełnym nakręceniu i umiłowaniu gór. Miejscami to może być widać, więc wybaczcie
Dzień I.
Godzina 00:30. Silna i zgrana ekipa wsiada w Lublinie do autobusu, który ma ją zawieźć do Zakopanego. Koło godziny 9 są już na miejscu. Spacerek do pensjonatu, tam chwila na przebranie się i od razu na szlak. Dojazd do Kuźnic i cel na rozgrzewkę: Giewont.
Szybkie podejście na Kalatówki, krótki postój i przejście na Halę Kondratową. Pierwszy posiłek, chwila odpoczynku i w drogę. Tu już nie jest tak różowo, podejście trochę męczy. Grupa się powoli rozciągnęła, ja postanowiłem wypróbować kijki i człapałem z nimi gdzieś na końcu. Nigdy więcej ich nie użyję Kilka postojów, uzupełnienie wody ze strumyczka i już coraz bliżej szczytu. Przed łańcuchami kolejny postój, rękawiczki na dłonie i w górę, bo zaczęły zbierać się chmury. Świetna zabawa na łańcuchach, koniecznie do powtórzenia. Na szczycie chwilka postoju, bo deszcz zaczynał kropić. O dziwo spotkaliśmy tam psiaka. Nie mam pojęcia jak się tam dostał i nie wiem jak udało mu się zejść.
Widoki były piękne, ale trzeba było schodzić, bo deszcz skutecznie poderwał wszystkich na szczycie. Na szczęście padał tylko chwilę.
Zejście ze szczytu po łańcuchach było przyjemne, można było porozmawiać z ludźmi, bo oczywiście utworzył się korek. Na dole ktoś próbował podejść "pod prąd", ale kilka czyichś mocniejszych słów nawróciło go na dobrą drogę.
Na dole chwilka przerwy i zejście do Zakopanego przez Dolinę Strążyską. Po drodze obawy, że dopadnie nas ulewa, bo chmury się zebrały niesamowicie szybko, ale na szczęście słońce zwyciężyło i spokojnie dotarliśmy do pensjonatu.
Dzień II.
Dojechały do nas jeszcze dwie osoby. Chwila na przebranie dla nich, śniadanie dla nas i szybki dojazd do Palenicy. Pierwszy cel tego dnia: Siklawa w Dolinie Roztoki. Początek szlaku ciężki, nie tyle ze względu na jego trudność, co na zastane mięśnie. Po ich rozchodzeniu szło się zdecydowanie lepiej. Straciliśmy kilka minut na "skrócie", który nie okazał się skrótem i musieliśmy zawrócić. Ale potem poszło już bez problemów, tempo trzymaliśmy niezłe. Dłuższy odpoczynek przy bacówce, której niestety nie mam na mapie nawet. A potem już tylko podejście pod Siklawę, z przystankiem na zdjęcie grupowe na wielkiej skale. A potem już tylko ciągle w górę. Co jakiś czas chwila przerwy na złapanie oddechu, rozglądanie się dookoła. Widoki coraz piękniejsze, motywujące do wspinania się jeszcze wyżej, obiecujące wiele. W końcu cel osiągnięty. Dłuższa przerwa przy wodospadzie. Warto było. Odpoczynek, posiłek i można iść dalej, do Doliny Pięciu Stawów. Ekipa chciała sobie zrobić zdjęcie na śniegu leżącym na zboczu Ja postanawiam, że nie będę czekał i idę dalej. Podejście coraz bardziej mi się podoba i w końcu docieramy do drugiego celu. Pozostali zaraz dołączają do mnie. Chwila dla fotoreporterów i idziemy dalej, do schroniska. Tam zatrzymujemy się na dłużej. Kupuję 1,5l wody po promocyjnej cenie 5,50zł. I całe szczęście, bo później mi się przydała.
Zbliżają się ciemniejsze chmury, więc decydujemy się iść dalej. Świstowa Czuba. Z daleka wygląda dość ciężko, ale oprócz jednego miejsca szło się komfortowo. Co zresztą dało się zauważyć, gdy mijała nas grupa Węgrów idących.. boso. Cóż, co kto lubi. W końcu podeszliśmy na szczyt. Widok był piękny i widzieliśmy z góry całą drogę, którą przebyliśmy. Ciężko było w to uwierzyć, ale jednak to był fakt. Kolejna przerwa, tym razem tylko na zdjęcia i już schodziliśmy do Morskiego Oka. Mimo, że droga długa, szliśmy szybko, z uśmiechami na twarzach.
Po odpoczynku wśród tłumów, ruszyliśmy do Palenicy. Wpadliśmy na genialny pomysł, żeby pobić rekord szlaku i całą drogę do wyjścia z TPNu pokonaliśmy w czasie między 1:05 a 1:20. Ale ogólnie rzecz biorąc asfaltowi w górach mówimy stanowcze nie
Dzień III.
Tego dnia część z nas postanowiła dać odpocząć nogom. Pozostali udali się na Czerwone Wierchy, które były moim drobnym marzeniem na ten wyjazd. Wylądowaliśmy w Dolinie Kościeliskiej rano i od razu ruszyliśmy na szlak. Podejście na Ciemniaka nie należało do najłagodniejszych, ale kilka przerw i wszyscy dotarliśmy do celu. A w zasadzie przed celem, bo nieświadomy faktu "objadałem" swój pierwszy dwutysięcznik jeszcze przed jego zdobyciem Ale później już nie było takich nieporozumień. Po sesji zdjęciowej na Ciemniaku poszliśmy dalej, na Krzesanicę. Po drodze ułożyliśmy charakterystyczny napis, może do tej pory jest zauważalny.. Tam też zrobiliśmy sobie dłuższy postój, korzystając z okazji, że byliśmy osłonięci od wiatru. Było miło, ale czas nas gonił i trzeba było iść Dalej. Przed Małołączniakiem wpadliśmy na kolejny genialny pomysł i korzystając z resztek śniegu ulepiliśmy bałwanka. Potem już szybkie podejście na szczyt, tam krótka przerwa i męczące technicznie zejście i podejście na Kopę Kondracką. Tam spotkaliśmy kobietę w klapkach czy jakichś innych drewniakach, zdjęcie oczywiście zrobiono Później już pozostało nam tylko zejście do przełęczy i niestety zejście na halę Kondratową, bo na Kasprowy nie starczyło nam czasu. Przy schronisku odpoczęliśmy dłużej i schodząc do Kuźnic ustanowiliśmy chyba kolejny rekord, tym razem w najwolniejszym przejściu szlaku.
Dzień IV.
Nasze plany na ten dzień pokrzyżowała pogoda. Może to i lepiej, bo dało to szansę odpoczęcia naszym stopom. Tego dnia wybraliśmy się tylko na dworzec PKS żeby sprawdzić, kiedy mamy autobus powrotny. Potem pobawiliśmy się w zwykłych turystów i pochodziliśmy po Krupówkach. A najwyższym szczytem zdobytym tego dnia był chyba mostek na Krupówkach. A przez całe popołudnie słuchaliśmy padającego deszczu.
Dzień V.
Wczesna pobudka. Cel: Wołowiec. Szybki dojazd do Doliny Chochołowskiej i załapanie się na drugi kurs kolejki. Ni to wygodne ni to ładne, ale pozwala ominąć asfalt. Po wyjściu z ciuchci ruszamy. Część (w tym ja) szła szybciej, cześć grupy została nieco z tyłu. Po dojściu do schroniska czekaliśmy na nich i czekalibyśmy pewnie do dziś, gdyby jeden pan nas nie poinformował, że reszta z naszych chyba skręciła na zielony szlak przed schroniskiem. Szybkie obliczenia i dochodzimy do wniosku, że mają nad nami pół godziny przewagi. Nie będziemy tak gonić, ruszamy więc swoim tempem z planem skontaktowania się z nimi, gdy tylko będzie zasięg. Zasięg w końcu zdobyliśmy, dodzwoniliśmy się i umówiliśmy, że poczekają na nas na przełęczy przed Wołowcem. Uspokojeni szliśmy dalej swoim tempem, z częstymi przerwami, bo po opadach poprzedniego dnia powietrze ciężko współpracowało z płucami. Ale po dłuższej chwili, zmęczeni podejściem, dotarliśmy do przełęczy. I tu lekka konsternacja, bo naszych nie ma. Ale nic to, odpoczywamy dalej i podchodzimy powoli na Wołowiec. Droga męcząca, ale widoki wynagradzają wysiłek. I znaleźliśmy naszych, którzy jak się okazało, przypomnieli sobie o tym, ze mieli czekać na przełęczy dopiero, jak nas zobaczyli na szczycie. A do tej pory zdążyli na nas powiesić ostatnie psy i co się tylko dało. Po wyjaśnieniu tego nieporozumienia zatańczyliśmy sobie na Wołowcu specjalny taniec, czym wzbudziliśmy zainteresowanie pozostałych osób przebywających na szczycie. Dostaliśmy nawet brawa.
Z Wołowca już zeszliśmy jedną grupą na Rakoń, skąd po wykonaniu kilku zdjęć ruszyliśmy na Grzesia. Dotarliśmy tam po jakimś czasie, po drodze mijając błotniste kałuże powstałe poprzedniego dnia.
Na Grzesiu spotkaliśmy jakąś kolonię, więc było tłoczno. Ale za to dowiedzieliśmy się, że "na szlaku księdza nie można wyprzedzać". Cóż, woleliśmy nie ryzykować i wyruszyliśmy przed tą grupą. Zejście nie należało do najcięższych, ale nasze nogi po tylu dniach wędrówki mocno je odczuły. Oczywiście kijki tego dnia zostawiłem w pensjonacie, przekonany że nie przydadzą się, skoro od pierwszego dnia ich nie używałem
W końcu dotarliśmy do schroniska i teraz już wszyscy wiedzieli, gdzie się ono znajduje Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem nie korzystając z dobrodziejstw kolejki. I szło nam się całkiem nieźle, pomimo obecności asfaltu i zmęczenia.
Dzień VI.
Dzień naszego powrotu do domu. Na szczęście autobus mieliśmy dopiero po 19, więc rano, po szybkim spakowaniu się, cześć z nas wyruszyła po raz ostatni na tym wyjeździe w góry. Wybraliśmy sobie lekką trasę, bardziej wypoczynkową. Z Doliny Kościeliskiej poszliśmy czarnym a potem żółtym szlakiem do Doliny Lejowej. Miejsce to jest bardzo urokliwe, choć zapomniane i omijane przez ludzi. Ale ci, którzy tam trafią, na pewno nie będą żałować. Cisza, spokój, bliskość przyrody i wiele miejsc, w których można odpocząć sprawiają, że można tam spędzić dużo czasu i nawet nie zauważyć jego upływu. Po wyjściu z doliny zdecydowaliśmy, że wrócimy do Zakopanego stopem. Podzieliliśmy się na trzy grupy po dwie osoby i cóż.. Jedna grupa złapała busa, potem "podkradła" złapanego stopa drugiej grupie.. Trzecia zrezygnowała i pojechała busem, a druga po raz kolejny odniosła sukces i złapała stopa tym razem dla siebie
Po powrocie do pensjonatu szybki prysznic, wyjście na obiad, ostatnie pakowanie i wyruszenie na dworzec PKSu, by następnego dnia o 5 rano znaleźć się w domu i już tęsknić za górami. No i tak tęsknię do dzisiaj..
Co prawda wyjazd był w zeszłym roku, ale pisana była tuż po powrocie, a więc przy pełnym nakręceniu i umiłowaniu gór. Miejscami to może być widać, więc wybaczcie

Dzień I.
Godzina 00:30. Silna i zgrana ekipa wsiada w Lublinie do autobusu, który ma ją zawieźć do Zakopanego. Koło godziny 9 są już na miejscu. Spacerek do pensjonatu, tam chwila na przebranie się i od razu na szlak. Dojazd do Kuźnic i cel na rozgrzewkę: Giewont.
Szybkie podejście na Kalatówki, krótki postój i przejście na Halę Kondratową. Pierwszy posiłek, chwila odpoczynku i w drogę. Tu już nie jest tak różowo, podejście trochę męczy. Grupa się powoli rozciągnęła, ja postanowiłem wypróbować kijki i człapałem z nimi gdzieś na końcu. Nigdy więcej ich nie użyję Kilka postojów, uzupełnienie wody ze strumyczka i już coraz bliżej szczytu. Przed łańcuchami kolejny postój, rękawiczki na dłonie i w górę, bo zaczęły zbierać się chmury. Świetna zabawa na łańcuchach, koniecznie do powtórzenia. Na szczycie chwilka postoju, bo deszcz zaczynał kropić. O dziwo spotkaliśmy tam psiaka. Nie mam pojęcia jak się tam dostał i nie wiem jak udało mu się zejść.
Widoki były piękne, ale trzeba było schodzić, bo deszcz skutecznie poderwał wszystkich na szczycie. Na szczęście padał tylko chwilę.
Zejście ze szczytu po łańcuchach było przyjemne, można było porozmawiać z ludźmi, bo oczywiście utworzył się korek. Na dole ktoś próbował podejść "pod prąd", ale kilka czyichś mocniejszych słów nawróciło go na dobrą drogę.
Na dole chwilka przerwy i zejście do Zakopanego przez Dolinę Strążyską. Po drodze obawy, że dopadnie nas ulewa, bo chmury się zebrały niesamowicie szybko, ale na szczęście słońce zwyciężyło i spokojnie dotarliśmy do pensjonatu.
Dzień II.
Dojechały do nas jeszcze dwie osoby. Chwila na przebranie dla nich, śniadanie dla nas i szybki dojazd do Palenicy. Pierwszy cel tego dnia: Siklawa w Dolinie Roztoki. Początek szlaku ciężki, nie tyle ze względu na jego trudność, co na zastane mięśnie. Po ich rozchodzeniu szło się zdecydowanie lepiej. Straciliśmy kilka minut na "skrócie", który nie okazał się skrótem i musieliśmy zawrócić. Ale potem poszło już bez problemów, tempo trzymaliśmy niezłe. Dłuższy odpoczynek przy bacówce, której niestety nie mam na mapie nawet. A potem już tylko podejście pod Siklawę, z przystankiem na zdjęcie grupowe na wielkiej skale. A potem już tylko ciągle w górę. Co jakiś czas chwila przerwy na złapanie oddechu, rozglądanie się dookoła. Widoki coraz piękniejsze, motywujące do wspinania się jeszcze wyżej, obiecujące wiele. W końcu cel osiągnięty. Dłuższa przerwa przy wodospadzie. Warto było. Odpoczynek, posiłek i można iść dalej, do Doliny Pięciu Stawów. Ekipa chciała sobie zrobić zdjęcie na śniegu leżącym na zboczu Ja postanawiam, że nie będę czekał i idę dalej. Podejście coraz bardziej mi się podoba i w końcu docieramy do drugiego celu. Pozostali zaraz dołączają do mnie. Chwila dla fotoreporterów i idziemy dalej, do schroniska. Tam zatrzymujemy się na dłużej. Kupuję 1,5l wody po promocyjnej cenie 5,50zł. I całe szczęście, bo później mi się przydała.
Zbliżają się ciemniejsze chmury, więc decydujemy się iść dalej. Świstowa Czuba. Z daleka wygląda dość ciężko, ale oprócz jednego miejsca szło się komfortowo. Co zresztą dało się zauważyć, gdy mijała nas grupa Węgrów idących.. boso. Cóż, co kto lubi. W końcu podeszliśmy na szczyt. Widok był piękny i widzieliśmy z góry całą drogę, którą przebyliśmy. Ciężko było w to uwierzyć, ale jednak to był fakt. Kolejna przerwa, tym razem tylko na zdjęcia i już schodziliśmy do Morskiego Oka. Mimo, że droga długa, szliśmy szybko, z uśmiechami na twarzach.
Po odpoczynku wśród tłumów, ruszyliśmy do Palenicy. Wpadliśmy na genialny pomysł, żeby pobić rekord szlaku i całą drogę do wyjścia z TPNu pokonaliśmy w czasie między 1:05 a 1:20. Ale ogólnie rzecz biorąc asfaltowi w górach mówimy stanowcze nie

Dzień III.
Tego dnia część z nas postanowiła dać odpocząć nogom. Pozostali udali się na Czerwone Wierchy, które były moim drobnym marzeniem na ten wyjazd. Wylądowaliśmy w Dolinie Kościeliskiej rano i od razu ruszyliśmy na szlak. Podejście na Ciemniaka nie należało do najłagodniejszych, ale kilka przerw i wszyscy dotarliśmy do celu. A w zasadzie przed celem, bo nieświadomy faktu "objadałem" swój pierwszy dwutysięcznik jeszcze przed jego zdobyciem Ale później już nie było takich nieporozumień. Po sesji zdjęciowej na Ciemniaku poszliśmy dalej, na Krzesanicę. Po drodze ułożyliśmy charakterystyczny napis, może do tej pory jest zauważalny.. Tam też zrobiliśmy sobie dłuższy postój, korzystając z okazji, że byliśmy osłonięci od wiatru. Było miło, ale czas nas gonił i trzeba było iść Dalej. Przed Małołączniakiem wpadliśmy na kolejny genialny pomysł i korzystając z resztek śniegu ulepiliśmy bałwanka. Potem już szybkie podejście na szczyt, tam krótka przerwa i męczące technicznie zejście i podejście na Kopę Kondracką. Tam spotkaliśmy kobietę w klapkach czy jakichś innych drewniakach, zdjęcie oczywiście zrobiono Później już pozostało nam tylko zejście do przełęczy i niestety zejście na halę Kondratową, bo na Kasprowy nie starczyło nam czasu. Przy schronisku odpoczęliśmy dłużej i schodząc do Kuźnic ustanowiliśmy chyba kolejny rekord, tym razem w najwolniejszym przejściu szlaku.
Dzień IV.
Nasze plany na ten dzień pokrzyżowała pogoda. Może to i lepiej, bo dało to szansę odpoczęcia naszym stopom. Tego dnia wybraliśmy się tylko na dworzec PKS żeby sprawdzić, kiedy mamy autobus powrotny. Potem pobawiliśmy się w zwykłych turystów i pochodziliśmy po Krupówkach. A najwyższym szczytem zdobytym tego dnia był chyba mostek na Krupówkach. A przez całe popołudnie słuchaliśmy padającego deszczu.
Dzień V.
Wczesna pobudka. Cel: Wołowiec. Szybki dojazd do Doliny Chochołowskiej i załapanie się na drugi kurs kolejki. Ni to wygodne ni to ładne, ale pozwala ominąć asfalt. Po wyjściu z ciuchci ruszamy. Część (w tym ja) szła szybciej, cześć grupy została nieco z tyłu. Po dojściu do schroniska czekaliśmy na nich i czekalibyśmy pewnie do dziś, gdyby jeden pan nas nie poinformował, że reszta z naszych chyba skręciła na zielony szlak przed schroniskiem. Szybkie obliczenia i dochodzimy do wniosku, że mają nad nami pół godziny przewagi. Nie będziemy tak gonić, ruszamy więc swoim tempem z planem skontaktowania się z nimi, gdy tylko będzie zasięg. Zasięg w końcu zdobyliśmy, dodzwoniliśmy się i umówiliśmy, że poczekają na nas na przełęczy przed Wołowcem. Uspokojeni szliśmy dalej swoim tempem, z częstymi przerwami, bo po opadach poprzedniego dnia powietrze ciężko współpracowało z płucami. Ale po dłuższej chwili, zmęczeni podejściem, dotarliśmy do przełęczy. I tu lekka konsternacja, bo naszych nie ma. Ale nic to, odpoczywamy dalej i podchodzimy powoli na Wołowiec. Droga męcząca, ale widoki wynagradzają wysiłek. I znaleźliśmy naszych, którzy jak się okazało, przypomnieli sobie o tym, ze mieli czekać na przełęczy dopiero, jak nas zobaczyli na szczycie. A do tej pory zdążyli na nas powiesić ostatnie psy i co się tylko dało. Po wyjaśnieniu tego nieporozumienia zatańczyliśmy sobie na Wołowcu specjalny taniec, czym wzbudziliśmy zainteresowanie pozostałych osób przebywających na szczycie. Dostaliśmy nawet brawa.
Z Wołowca już zeszliśmy jedną grupą na Rakoń, skąd po wykonaniu kilku zdjęć ruszyliśmy na Grzesia. Dotarliśmy tam po jakimś czasie, po drodze mijając błotniste kałuże powstałe poprzedniego dnia.
Na Grzesiu spotkaliśmy jakąś kolonię, więc było tłoczno. Ale za to dowiedzieliśmy się, że "na szlaku księdza nie można wyprzedzać". Cóż, woleliśmy nie ryzykować i wyruszyliśmy przed tą grupą. Zejście nie należało do najcięższych, ale nasze nogi po tylu dniach wędrówki mocno je odczuły. Oczywiście kijki tego dnia zostawiłem w pensjonacie, przekonany że nie przydadzą się, skoro od pierwszego dnia ich nie używałem
W końcu dotarliśmy do schroniska i teraz już wszyscy wiedzieli, gdzie się ono znajduje Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem nie korzystając z dobrodziejstw kolejki. I szło nam się całkiem nieźle, pomimo obecności asfaltu i zmęczenia.
Dzień VI.
Dzień naszego powrotu do domu. Na szczęście autobus mieliśmy dopiero po 19, więc rano, po szybkim spakowaniu się, cześć z nas wyruszyła po raz ostatni na tym wyjeździe w góry. Wybraliśmy sobie lekką trasę, bardziej wypoczynkową. Z Doliny Kościeliskiej poszliśmy czarnym a potem żółtym szlakiem do Doliny Lejowej. Miejsce to jest bardzo urokliwe, choć zapomniane i omijane przez ludzi. Ale ci, którzy tam trafią, na pewno nie będą żałować. Cisza, spokój, bliskość przyrody i wiele miejsc, w których można odpocząć sprawiają, że można tam spędzić dużo czasu i nawet nie zauważyć jego upływu. Po wyjściu z doliny zdecydowaliśmy, że wrócimy do Zakopanego stopem. Podzieliliśmy się na trzy grupy po dwie osoby i cóż.. Jedna grupa złapała busa, potem "podkradła" złapanego stopa drugiej grupie.. Trzecia zrezygnowała i pojechała busem, a druga po raz kolejny odniosła sukces i złapała stopa tym razem dla siebie
Po powrocie do pensjonatu szybki prysznic, wyjście na obiad, ostatnie pakowanie i wyruszenie na dworzec PKSu, by następnego dnia o 5 rano znaleźć się w domu i już tęsknić za górami. No i tak tęsknię do dzisiaj..

:|