i tak na dobry początek, nie pamiętam czy ta relacja już nie była wrzucana, ale na wszelki wypadek zapodaję jeszcze raz:
Dzień I
Moje wakacje rozpoczęły się 24 czerwca, kiedy to 10 min po ostatnim egzaminie wsiadłam do mieciurnego samochodziku, który (dziwnym trafem) zmierzał w stronę Tatr. Niestety, kochane korki krakowskie i na zakopiance sprawiły, że do okolic zakopca dotarliśmy dopiero po 12tej. Szybkie przepakowanie plecaków i do busa, potem jeszcze jeden bus, uff, wreszcie jesteśmy w Kuźnicach. Kupujemy bilety TPN-u i w gromadzie ceprów ruszamy doliną Jaworzynki. Wolę tę trasę podejście, niż przez Boczań; Mieciur odwrotnie

Na podejściu widzimy pasące się jelonki, które nie zwracają uwagi na przewalające się obok nich tłumy. I od razu daje się we znaki brak kijków, wielokrotnie podczas tej wyprawy przeklinałam strajk poczty polskiej, który sprawił, że moje kijki, które oddałam na gwarancję "szły: 3 tygodnie

Wreszcie docieramy na grzbiet, Mieciur jak zwykle w tym miejscu ma delikatny kryzys, długo się jednak nie zatrzymujemy, gdyż oganiają nas tłumy ludzi. Szybko osiągamy Dolinę Gąsienicową, osłonecznione Taterki Wysoki zdają się nas wołać. W schronisku mamy nieziemskiego farta wykupując 2 ostatnie miejsca, niestety musimy się rozdzielić, ale lepsze to niż spanie przed schroniskiem

Zostawiamy rzeczy w pokoju i wychodzimy na zewnątrz, żeby chociaż trochę skorzystać z długiego letniego dnia.
Zastanawiamy się dokąd by tu - ponieważ następny nocleg mamy w kondratowej, od razu odrzucamy opcję tatr zachodnich. No to wysokie, ale gdzie? Hm, spróbujemy na Kozią Przełęcz. Turyści chcący jeszcze za dnia zejść do Zakopanego zaczynają już powoli schodzić, a my - do góry. Nad Czarnym Gąsienicowym ślicznie świeci słoneczko, aż się nie chce ruszać. Mozolnie zdobywamy wysokość. U odbicia niebieskiego szlaku na Zawrat widzimy Kozią w całej okazałości, niestety, z powodu braku raków nie było nam dane tego dnia się na niej znaleźć. Zalodzenie jest zbyt duże, zmieniamy trasę i udajemy się w stronę Granatów. Każde spojrzenie w stronę przełęczy utwierdza nas w podjętej decyzji. No, może byśmy wyszli, może by się udało, ale po co ryzykować? Zielonym szlakiem, miejscami po śniegu krok za krokiem pełzniemy pod górę (w duchu przeklinam brak kijków). Wreszcie dochodzimy do czerwonego, grzbietowego szlaku Orlej Perci. Od Słowackiej części Tatr nadciągają deszczowe chmury, więc prawie bez postoju idziemy w stronę Skrajnego Granatu i żółtego szlaku zejściowego. Niestety, tu się objawia brak obycia ze skałkami i ekspozycją; jak to potem określiliśmy "szliśmy jak ostatnie sieroty

". Docieramy do Skrajnego, chwila postoju, ale czas schodzić. Strome i sypkie pod nogami zejście wymaga od nas zwiększonej uwagi. Bez jednak większych przeszkód docieramy do Czarnego Gąsienicowego a potem do schroniska.
Wieczór w schronisku jest również ciekawy; oboje w pokojach mamy "samych swoich", rozmowy o górach przeciągają się, a przecież rano o 5tej idziemy na Kościelec
Dzień II
Dzień rozpoczyna się wcześnie..Powiedziałabym nawet : bardzo wcześnie. Nie ma 5tej, kiedy jestem na nogach, szybko się ubieram i wychodzę przed Murowaniec. Czeka tam już Mieciur z Krzyśkiem - starszym gościem z którym spał w pokoju, razem ruszam w stronę Kościelca. Po drodze Krzysiek raczy nas opowieściami ze swojej młodości (czyli głębokiego PRL-u), dowiadujemy się , jak to się wtedy po górach łaziło.. teraz jakoś łatwiej

Po kilku krótkich postojach docieramy na Karb, spotykamy bardzo sympatyczną kozicę i zaczyna się wspinaczka. Nie powiem - podobało mi się

Szczyt Kościelca i nikogo... Cieszymy się, że wybraliśmy tak kosmiczną porę, możemy do woli rozkoszować się pięknem Taterek Jest tak pięknie, że nie chce się schodzić, niestety widmo wykwaterowania ze schroniska zmusza nas do zejścia. Wracamy do Murowańca, i się rozchodzimy, z Mieciurem jemy obiado -śniadanie, i ruszamy w stronę Kondratowej.
Już z pełnym obciążeniem śmigamy czarnym szlakiem na Świnicką przełęcz. Myśleliśmy o Świnicy, ale warunki kondycyjno - bagażowe i pogoda (upał) skutecznie nam tę myśl wyperswadowały. W stronę Kasprusia więc; im bliżej kolejki, tym więcej ceprów, z Beskidu oglądamy akcję Sokoła nad Murowańcem. Sam szczyt Kasprowego mijamy. brrr, nie chcę o tym pamiętać. Im bliżej Goryczkowych tym mniej ludzi, robimy postój, odpoczywamy i mozolnie, w pełnym slońcu nabijamy kolejne kilometry w stronę Kopy Kondrackiej. Strasznie daje w kość ciężar plecaka i palące non - stop słońce. Kondracką mijamy i już na "ostatnich siłach" udajemy się na Giewont. I tu - miłe zaskoczenie - nikogo! fakt, byliśmy dosyć późno, ale to przecież "święta góra ceprów" ! Skałki na podejściu dosyć mocno wyślizgane, trzeba uważać na każdy krok, w sumie nie ma się czemu dziwić, jak się weźmie pod uwagę dziesiątki tysięcy ludzi, które się tu przewalają każdego roku. Schodzimy. Ostatnie kilometry przed Kondratową dłużą się nam niemiłosiernie. I w końcu uffff, jesteśmy! Zdejmuję plecak i .... Moje wycie z bólu odbija się od ścian doliny. całe ramiona mam oparzone słońcem (cóż, Bozia nie dała rozumu - miałam koszulkę bez rękawów). Na szczęście miła Pani z obsługi Schroniska znajduje na to radę. Klimat w Schronisku - taki jak powinien być, ale ludzie korzystający wspólnie z nami z noclegu, dopiero zaczynają swoją przygodę z górami. A że nocuje tylko ok. 20 osób, więc szybko zaczynam robić za "informację turystyczna", względem warunków na szlakach i trudności przejść. Kolejki pod prysznic i takie tam ciekawostki - fajnie jest. Nareszcie delektując się zimnym napojem chmielowym można poleżeć na ławce przed schroniskiem.
Dzień III,
W nocy burza - nigdzie chyba nie czuć chyba potęgi żywiołu tak jak w górach. Szósta rano - wychodzimy. Żebym była super wypoczęta - nie powiem. W życiu mi się jeszcze nie dłużyło tak żadne podejście, nigdzie nie musiałam liczyć kroków, cóż, zawsze musi przyjść kryzys w naszym przypadku był to 3ci dzień wędrówki. Kolejne słowa na q... w stronę Poczty Polskiej odbijają się od grani. Pogoda też nie zachęca do góro łażenia, mgła i padający momentami deszczyk. Wreszcie (po raz pierwszy w górach - dłużej niż mówi mapa

) osiągamy przełęcz, a potem Kopę Kondracką. Niewiele widać i nie ma za wielkich szans na przejaśnienia. Cóż, najpierw postój (dobrze że nie mamy długiej trasy) a potem powoli zaczynamy pełznąć we mgle w stronę kolejnych szczytów Czerwonych Wierchów. Na szlaku - nikogo, wreszcie nabieramy "Powera?"i już w miarę jakim takim tempem idziemy. Na Krzesanicy wreszcie widoczność większa niż 20 metrów. Ustawiamy sobie kamienny kopczyk i śmigamy dalej. Dopiero schodząc z Czerwonych Wierchów spotykamy pierwszych ludzi. Na moje pytanie "czy na dole jest mgła? Czy jest takie miejsce na świecie że nie ma mgły??" patrzą dziwnie- ciekawe czemu

Na zejściu spotykamy bardzo fotogeniczną kozicę, niczego się nie bała i pozowała do fotek. W końcu dochodzimy do Cichej przełączki. A tutaj - śliczne widoki, zero mgły i cepry (cóż, nie można mieć wszystkiego

) robimy sobie konkretny postój - w końcu zostało nam już tylko zejście.
Niestety - trzeba ruszać w dół, trawersem do Doliny Tomanowej. nie dziwię się wcale, że ten szlak jest zamykany na zimę, gdyż jest bardzo hmmmm lawiniasty. W dolinie próbujemy jeszcze dojść czerwonym szlakiem do granicy, ale bardzo rozrośnięta kosówka nam to skutecznie uniemożliwia, wkurzeni wracamy do dojścia zielonego i ruszamy w stronę schroniska Ornak. A tutaj inny świat - cepry , tłumy ceprów. czujemy się obco. Leżymy w pewnym oddaleniu pod drzewem taksowani co jakiś czas krytycznymi spojrzeniami. Myślę sobie - no w sumie jest dosyć wcześnie, górołazy jeszcze z gór nie złażą. Jemy zupkę z torebki i czas ruszać - Kościeliską "bierzemy" byle szybciej, dochodzimy do wylotu doliny. Chwila strachu czy z dzielnym autkiem pozostawionym samotnie wszystko ok., na szczęście wszystko w porządku

i ruszamy w stronę domu. Z drogi powrotnej wart odnotowania jest dorodny buhaj, który wybiegł na drogę w okolicach Chochołowa - od tej pory strasznie uważam na te zwierzaki prowadząc. Wymęczeni, ale zadowoleni docieramy do domów.