28-08-2008, 11:38 PM
To, że na Hellvelyn trzeba się wybrać było pewne, to którą drogą już nieco mniej...
Z kilku możliwości wybraliśmy tą najtrudniejszą ... przez Striding Edge, stromą i przepaścistą grań górującą nad stawem Red Tarn. Przewodnik opisywał ją jako jeden z najpiękniejszych, a zarazem najtrudniejszych tras w Lake District. Był tylko jeden problem. Aśce właśnie uaktywnił się lęk wysokości...
Po dwóch godzinkach jazdy samochodem z Newcastle, wraz Aśką i Mają stanęliśmy na parkingu w Glenridding, wiosce będącej punktem wyjściowym na szlak. Szybki rzut oka na mapę i tekst przewodnika, ok, idziemy.
Zaczynamy wzdłuż potoku, potem ostro przez zarośla paproci na pierwsze wzgórze nad wioską. Od razu robimy przerwę, nie dla nóg - dla aparatu. Pstrykam okolice jeziora Ulswater po którym niczym nenufary unoszą się sylwetki żaglówek. Po chwili ruszamy dalej, przecinamy grzbiet i schodzimy do sąsiedniej doliny, by zaraz potem rozpocząć żmudny trawers grzbietu. Jest cicho i zielono. Dolinę kończą około 900 metrowe, łyse szczyty o soczystych kolorach trawy. Chórem zgadzamy się, że przypomina to miniaturkę krajobrazów rodem z Tolkiena. Kawałek Śródziemia, Shire może...
Pniemy się po kamiennej ścieżce, ja prowadzę, dziewczyny troszkę z tyłu. Robimy przerwę, bo Maja dopiero 3 dni temu zwalczyła gorączkę, która jednak pozostawiła ślady w jej organizmie. W końcu po pół godziny marszu po dochodzimy na szczyt grzbietu. To Hole in the Wall, miejsce skrzyżowań kamiennych murów wijących się kilometrami po okolicy. Jedząc kanapki spoglądamy jak mija nas grupa biegaczy. Co??? Patrzymy na siebie, potem wąchamy wodę czy aby nie ognista...nie, oni nie mogą tak sobie tu wbiec i jeszcze z uśmiechem powiedzieć dzień dobry. A jednak! Obiecujemy sobie pracę nad kondycją patrząc na zachód. Jest! Widać płaską kopułę Hellevlyna, która jest na tyle długa, że przed laty wylądował tam niewielki samolot. Strome żleby opadają wprost do jeziorka Red Tarn, które słońce właśnie rozpaliło na szmaragdowo. Pojawił się tylko jeden problem.
Co to jest?? pyta Aśka wskazując na wijący się wąski grzebień Striding Edge, zakończony prawie 90 stopniowym żlebem po szczyt.
Eee, no ścieżka nasza, przecież wiesz...
Pierwszy widok na drogę do pokonania już dokonał spustoszenia w jej pewności siebie, a kolejne dodał całkiem mocny wiatr szalejący po odkrytych grzbietach. Nic to, idziemy jednak na przód. Grzbiet powoli robi się węższy i bardziej stromy. Jedna ścieżka biegnie po jego szczycie, druga trawersuje poniżej. Dziewczyny idą dołem, ja zaczynam od góry, lecz zaraz schodzę, bo wiatr zaburza mi równowagę podczas skoków na kamienie. W kilku miejscach trzeba się wspiąć, to znów zaprzeć rękami przy zejściu, i tak dalej. Zbocza nachylone całkiem nieźle, czekają na nieszczęśników by zwieźć ich żlebem na brzeg jeziora lub w gęste paprocie po drugiej stronie. Raz po raz asekurując Aśkę robię zdjęcia. Nagle na drodze staje mi owca z młodym. Instynktownie pstrykam jej zdjęcie paszportowe zastanawiając sie po jakiego diabła one tu wlazły?
Z zamyślenia wyrywa mnie jednak krzyk. To Aśka przyparła do ściany widząc kolejny trawers.
Nie idę, mówi.
Wracasz? pytam.
Nie wracam i nie idę.
Aha, to spoko, na pewno odbierze cię helikopter żartuję sobie i w tym momencie zza grzbietu wyłania się żółta latająca maszyna.
Siedzimy chwilę na skale, trochę obserwując helikopter, trochę tłumacząc Aśce, że już nie długo, że da sobie rade. Płacz, nerwy, spazmy, wszystko po trochę, a on lata sobie na nami coraz niżej i niżej. W końcu przelatuje tak blisko grzbietu, że czujemy jego prędkość na twarzach. Wystraszona do granic Aśka zrywa się niczym kozica i ze wzrokiem utkwionym pod nogi rusza do góry, stromym jak diabli żlebem. Pytam się jej czy chce zdjęcie... Spier...krzyczy, wrzucając takie tempo, że zostaję za nią.
Robimy kilka fotek z Mają, w końcu dochodzimy do niej przed wypłaszczeniem szczytowym. W jej oczach jeszcze łzy, ale teraz już chyba szczęścia, że jednak, że udało się.
Siadamy po pomnikiem upamiętniającym niejakiego Charlesa Gough, który wybrał się na Helvellyn przez grań Striding Edge wraz ze swoim psem. Niestety on zginął, a pies przez 3 miesiące pilnował ciała, zanim odkryli go turyści...
Nam dane jest podziwiać szerokie panoramy Lake District. Niektórych kosztowało to więcej nerwów, ale widok dla wszystkich jest taki sam. Pakujemy go więc w dużych ilościach do aparatu i schodzimy w dół drugą, nieco lżejszą granią.
Z kilku możliwości wybraliśmy tą najtrudniejszą ... przez Striding Edge, stromą i przepaścistą grań górującą nad stawem Red Tarn. Przewodnik opisywał ją jako jeden z najpiękniejszych, a zarazem najtrudniejszych tras w Lake District. Był tylko jeden problem. Aśce właśnie uaktywnił się lęk wysokości...
Po dwóch godzinkach jazdy samochodem z Newcastle, wraz Aśką i Mają stanęliśmy na parkingu w Glenridding, wiosce będącej punktem wyjściowym na szlak. Szybki rzut oka na mapę i tekst przewodnika, ok, idziemy.
Zaczynamy wzdłuż potoku, potem ostro przez zarośla paproci na pierwsze wzgórze nad wioską. Od razu robimy przerwę, nie dla nóg - dla aparatu. Pstrykam okolice jeziora Ulswater po którym niczym nenufary unoszą się sylwetki żaglówek. Po chwili ruszamy dalej, przecinamy grzbiet i schodzimy do sąsiedniej doliny, by zaraz potem rozpocząć żmudny trawers grzbietu. Jest cicho i zielono. Dolinę kończą około 900 metrowe, łyse szczyty o soczystych kolorach trawy. Chórem zgadzamy się, że przypomina to miniaturkę krajobrazów rodem z Tolkiena. Kawałek Śródziemia, Shire może...
Pniemy się po kamiennej ścieżce, ja prowadzę, dziewczyny troszkę z tyłu. Robimy przerwę, bo Maja dopiero 3 dni temu zwalczyła gorączkę, która jednak pozostawiła ślady w jej organizmie. W końcu po pół godziny marszu po dochodzimy na szczyt grzbietu. To Hole in the Wall, miejsce skrzyżowań kamiennych murów wijących się kilometrami po okolicy. Jedząc kanapki spoglądamy jak mija nas grupa biegaczy. Co??? Patrzymy na siebie, potem wąchamy wodę czy aby nie ognista...nie, oni nie mogą tak sobie tu wbiec i jeszcze z uśmiechem powiedzieć dzień dobry. A jednak! Obiecujemy sobie pracę nad kondycją patrząc na zachód. Jest! Widać płaską kopułę Hellevlyna, która jest na tyle długa, że przed laty wylądował tam niewielki samolot. Strome żleby opadają wprost do jeziorka Red Tarn, które słońce właśnie rozpaliło na szmaragdowo. Pojawił się tylko jeden problem.
Co to jest?? pyta Aśka wskazując na wijący się wąski grzebień Striding Edge, zakończony prawie 90 stopniowym żlebem po szczyt.
Eee, no ścieżka nasza, przecież wiesz...
Pierwszy widok na drogę do pokonania już dokonał spustoszenia w jej pewności siebie, a kolejne dodał całkiem mocny wiatr szalejący po odkrytych grzbietach. Nic to, idziemy jednak na przód. Grzbiet powoli robi się węższy i bardziej stromy. Jedna ścieżka biegnie po jego szczycie, druga trawersuje poniżej. Dziewczyny idą dołem, ja zaczynam od góry, lecz zaraz schodzę, bo wiatr zaburza mi równowagę podczas skoków na kamienie. W kilku miejscach trzeba się wspiąć, to znów zaprzeć rękami przy zejściu, i tak dalej. Zbocza nachylone całkiem nieźle, czekają na nieszczęśników by zwieźć ich żlebem na brzeg jeziora lub w gęste paprocie po drugiej stronie. Raz po raz asekurując Aśkę robię zdjęcia. Nagle na drodze staje mi owca z młodym. Instynktownie pstrykam jej zdjęcie paszportowe zastanawiając sie po jakiego diabła one tu wlazły?
Z zamyślenia wyrywa mnie jednak krzyk. To Aśka przyparła do ściany widząc kolejny trawers.
Nie idę, mówi.
Wracasz? pytam.
Nie wracam i nie idę.
Aha, to spoko, na pewno odbierze cię helikopter żartuję sobie i w tym momencie zza grzbietu wyłania się żółta latająca maszyna.
Siedzimy chwilę na skale, trochę obserwując helikopter, trochę tłumacząc Aśce, że już nie długo, że da sobie rade. Płacz, nerwy, spazmy, wszystko po trochę, a on lata sobie na nami coraz niżej i niżej. W końcu przelatuje tak blisko grzbietu, że czujemy jego prędkość na twarzach. Wystraszona do granic Aśka zrywa się niczym kozica i ze wzrokiem utkwionym pod nogi rusza do góry, stromym jak diabli żlebem. Pytam się jej czy chce zdjęcie... Spier...krzyczy, wrzucając takie tempo, że zostaję za nią.
Robimy kilka fotek z Mają, w końcu dochodzimy do niej przed wypłaszczeniem szczytowym. W jej oczach jeszcze łzy, ale teraz już chyba szczęścia, że jednak, że udało się.
Siadamy po pomnikiem upamiętniającym niejakiego Charlesa Gough, który wybrał się na Helvellyn przez grań Striding Edge wraz ze swoim psem. Niestety on zginął, a pies przez 3 miesiące pilnował ciała, zanim odkryli go turyści...
Nam dane jest podziwiać szerokie panoramy Lake District. Niektórych kosztowało to więcej nerwów, ale widok dla wszystkich jest taki sam. Pakujemy go więc w dużych ilościach do aparatu i schodzimy w dół drugą, nieco lżejszą granią.


Widoki-bajka!
