11-04-2008, 04:26 PM
Chciałbym przedstawić Wam krótkie opowiadanie, które jest wspomnieniem dwóch wakacyjnych wyjazdów w Tatry.
Zapraszam.
Tamtego lipcowego popołudnia wracaliśmy z gór przez Lodową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Żleb opadający z przełęczy był jeszcze mocno zaśnieżony. Wydeptane stopnie świadczyły o tym, że sporo ludzi tędy przeszło, więc droga wydawała się być łatwa. Zdecydowałem się jednak zejść skalną grzędą. Ela wybrała drogę przez płat śniegu. Nie wiem dlaczego nie nalegałem, by zeszła ze mną. Może zbyt wierzyliśmy w swoje umiejętności, może chcieliśmy przechytrzyć góry, które w takim miejscu lubią kryć jakąś niespodziankę.
Gdzieś w połowie żlebu, Ela potknęła się, przewróciła i nabierając prędkości zaczęła osuwać się po śniegu. Usłyszałem tylko czyjś krzyk: "Hamuj piętami!!" Kiedy szybko zszedłem z grzędy, na piargu, u wylotu żlebu, z zakrwawioną głową leżała półprzytomna, jęcząca z bólu Ela.
Ten fatalny upadek zakończył się dla niej "tylko" wstrząśnieniem mózgu oraz niegroźnymi ranami głowy. Tydzień później odbieraliśmy ją już ze szpitala w Popradzie.
Następnego lata mimo wszystko przyjechaliśmy w Tatry, ale z zastrzeżeniem: "żadnych wyjść w wysokie partie gór". Rozumiałem te obawy, lecz wiedziałem też, że tak nie może pozostać.
Wybraliśmy na początek Tatry Zachodnie: przez Dolinę Rohacką, zupełnie łatwym szlakiem na Smutną Przełęcz. Przebiega tamtędy eksponowana perć granią Rohaczy. Jakimś cudem namówiłem Elę na to przejście. Z pokonaniem Rohacza Płaczliwego nie było kłopotów. Trudności zaczęły się w partiach szczytowych Rohacza Ostrego, a szczególnie na jego północno-wschodnim wierzchołku, gdzie natknęliśmy się na słynnego skalnego konia. Zatrzymaliśmy się przed nim. W oczach Eli dostrzegłem strach. Czułem, że i mnie przeszył dreszcz emocji. Z pamięci wyłonił się zeszłoroczny obraz spod Lodowej Przełęczy. Tak niezdecydowani, w kompletnej ciszy, słysząc bicie własnych serc staliśmy chwilę, wpatrując się w bliski fragment grani i przepaścistą, odległą na wyciągnięcie ręki górską otchłań. W pewnym momencie powiał w nasze plecy silniejszy wiatr, jakby chciał nam wskazać kierunek dalszej wędrówki. Ruszyliśmy w stronę skalnej przeszkody.
Gdy później na Jamnickiej Przełęczy mogliśmy już spokojnie odpocząć, ujrzałem uśmiechniętą twarz Eli. Wiedziałem, że teraz naprawdę wróciliśmy w Tatry. Wiedziałem też, że aby to się stało musieliśmy pokonać barierę strachu, ale...jednocześnie czułem, że tego lipcowego popołudnia Góry okazały nam swoją łaskawość.
Wycieczka na Rohacze odbyła się 29 lipca 1993 roku.
Zapraszam.

Tamtego lipcowego popołudnia wracaliśmy z gór przez Lodową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Żleb opadający z przełęczy był jeszcze mocno zaśnieżony. Wydeptane stopnie świadczyły o tym, że sporo ludzi tędy przeszło, więc droga wydawała się być łatwa. Zdecydowałem się jednak zejść skalną grzędą. Ela wybrała drogę przez płat śniegu. Nie wiem dlaczego nie nalegałem, by zeszła ze mną. Może zbyt wierzyliśmy w swoje umiejętności, może chcieliśmy przechytrzyć góry, które w takim miejscu lubią kryć jakąś niespodziankę.
Gdzieś w połowie żlebu, Ela potknęła się, przewróciła i nabierając prędkości zaczęła osuwać się po śniegu. Usłyszałem tylko czyjś krzyk: "Hamuj piętami!!" Kiedy szybko zszedłem z grzędy, na piargu, u wylotu żlebu, z zakrwawioną głową leżała półprzytomna, jęcząca z bólu Ela.
Ten fatalny upadek zakończył się dla niej "tylko" wstrząśnieniem mózgu oraz niegroźnymi ranami głowy. Tydzień później odbieraliśmy ją już ze szpitala w Popradzie.
Następnego lata mimo wszystko przyjechaliśmy w Tatry, ale z zastrzeżeniem: "żadnych wyjść w wysokie partie gór". Rozumiałem te obawy, lecz wiedziałem też, że tak nie może pozostać.
Wybraliśmy na początek Tatry Zachodnie: przez Dolinę Rohacką, zupełnie łatwym szlakiem na Smutną Przełęcz. Przebiega tamtędy eksponowana perć granią Rohaczy. Jakimś cudem namówiłem Elę na to przejście. Z pokonaniem Rohacza Płaczliwego nie było kłopotów. Trudności zaczęły się w partiach szczytowych Rohacza Ostrego, a szczególnie na jego północno-wschodnim wierzchołku, gdzie natknęliśmy się na słynnego skalnego konia. Zatrzymaliśmy się przed nim. W oczach Eli dostrzegłem strach. Czułem, że i mnie przeszył dreszcz emocji. Z pamięci wyłonił się zeszłoroczny obraz spod Lodowej Przełęczy. Tak niezdecydowani, w kompletnej ciszy, słysząc bicie własnych serc staliśmy chwilę, wpatrując się w bliski fragment grani i przepaścistą, odległą na wyciągnięcie ręki górską otchłań. W pewnym momencie powiał w nasze plecy silniejszy wiatr, jakby chciał nam wskazać kierunek dalszej wędrówki. Ruszyliśmy w stronę skalnej przeszkody.
Gdy później na Jamnickiej Przełęczy mogliśmy już spokojnie odpocząć, ujrzałem uśmiechniętą twarz Eli. Wiedziałem, że teraz naprawdę wróciliśmy w Tatry. Wiedziałem też, że aby to się stało musieliśmy pokonać barierę strachu, ale...jednocześnie czułem, że tego lipcowego popołudnia Góry okazały nam swoją łaskawość.
Wycieczka na Rohacze odbyła się 29 lipca 1993 roku.

ale również się wszystko dobrze skończyło.
. Nie wiem co napisać. Do dziś widzę w oczach żony to przerażenie a u mnie ten strach o ukochaną osobę. Sekundy na tej kilkumetrowej półce, kiedy jedną ręką przytrzymywałem się łańcucha a drugą prowdziłem żonę, trwały wieczność. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Później na chacie skarciłem swoją połowicę, że tak się nie robi. Przedstawiłem sobie co by się stało, kiedy bym na grzebieniu wtedy nie zawrócił. Ona sama by pokonywała te niebezpieczne miejsca. Jeszcze dzisiaj mam z tego dreszcze. Brr...
Przypomniałem sobie to dzisiaj, kiedy Maciek przedstawił swoją relację. 