Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat

Pełna wersja: Powiew wiatru, czyli Góry łaskawe
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Chciałbym przedstawić Wam krótkie opowiadanie, które jest wspomnieniem dwóch wakacyjnych wyjazdów w Tatry.
Zapraszam.Smile





Tamtego lipcowego popołudnia wracaliśmy z gór przez Lodową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Żleb opadający z przełęczy był jeszcze mocno zaśnieżony. Wydeptane stopnie świadczyły o tym, że sporo ludzi tędy przeszło, więc droga wydawała się być łatwa. Zdecydowałem się jednak zejść skalną grzędą. Ela wybrała drogę przez płat śniegu. Nie wiem dlaczego nie nalegałem, by zeszła ze mną. Może zbyt wierzyliśmy w swoje umiejętności, może chcieliśmy przechytrzyć góry, które w takim miejscu lubią kryć jakąś niespodziankę.

Gdzieś w połowie żlebu, Ela potknęła się, przewróciła i nabierając prędkości zaczęła osuwać się po śniegu. Usłyszałem tylko czyjś krzyk: "Hamuj piętami!!" Kiedy szybko zszedłem z grzędy, na piargu, u wylotu żlebu, z zakrwawioną głową leżała półprzytomna, jęcząca z bólu Ela.

Ten fatalny upadek zakończył się dla niej "tylko" wstrząśnieniem mózgu oraz niegroźnymi ranami głowy. Tydzień później odbieraliśmy ją już ze szpitala w Popradzie.

Następnego lata mimo wszystko przyjechaliśmy w Tatry, ale z zastrzeżeniem: "żadnych wyjść w wysokie partie gór". Rozumiałem te obawy, lecz wiedziałem też, że tak nie może pozostać.

Wybraliśmy na początek Tatry Zachodnie: przez Dolinę Rohacką, zupełnie łatwym szlakiem na Smutną Przełęcz. Przebiega tamtędy eksponowana perć granią Rohaczy. Jakimś cudem namówiłem Elę na to przejście. Z pokonaniem Rohacza Płaczliwego nie było kłopotów. Trudności zaczęły się w partiach szczytowych Rohacza Ostrego, a szczególnie na jego północno-wschodnim wierzchołku, gdzie natknęliśmy się na słynnego skalnego konia. Zatrzymaliśmy się przed nim. W oczach Eli dostrzegłem strach. Czułem, że i mnie przeszył dreszcz emocji. Z pamięci wyłonił się zeszłoroczny obraz spod Lodowej Przełęczy. Tak niezdecydowani, w kompletnej ciszy, słysząc bicie własnych serc staliśmy chwilę, wpatrując się w bliski fragment grani i przepaścistą, odległą na wyciągnięcie ręki górską otchłań. W pewnym momencie powiał w nasze plecy silniejszy wiatr, jakby chciał nam wskazać kierunek dalszej wędrówki. Ruszyliśmy w stronę skalnej przeszkody.

Gdy później na Jamnickiej Przełęczy mogliśmy już spokojnie odpocząć, ujrzałem uśmiechniętą twarz Eli. Wiedziałem, że teraz naprawdę wróciliśmy w Tatry. Wiedziałem też, że aby to się stało musieliśmy pokonać barierę strachu, ale...jednocześnie czułem, że tego lipcowego popołudnia Góry okazały nam swoją łaskawość.





Wycieczka na Rohacze odbyła się 29 lipca 1993 roku.
Macku, bardzo fajnie napisaneSmile ciekawa relacja, nie tylko oparta na faktach typu przeszliśmy to i to, zdobyliśmy to i to, ale też wsparta na uczuciach - a to jest także bardzo ważne i sprawia, że można lepiej się wczuc w Waszą sytuację "tam na górze"
miło się czytało
pozdrawiam

gosia3ek napisał(a):
miło się czytało


miło Smile ok

maciek napisał(a):
W oczach Eli dostrzegłem strach.

Strach przed upadkiem jest czymś ludzkim - sam doświadczyłem omijając turnicę przed tzw"koniem" w ub. roku..Piękne opowiadanie.Smile

Maćku, pouczająca opowieść... Dobrze, że ta historia ostatecznie szczęśliwie się dla Was skończyła i następnego lata wróciliście w góry. Trzy lata temu na skutek poślizgnięcia, na Mt. Blanc, zginęła moja koleżanka. Długo nie mogłam się z Tego otrząsnąć. Myślę o Gabrysi w każdej górskiej chwili, która rodzi moje wątpliwości i staram się być zawsze czujna, czy to zima, czy lato. Takie historie trafiają do człowieka dopiero gdy bezpośrednio dotyczą nas lub naszych bliskich. Dlatego rozumiem emocje, o ktorych pisałeś. I faktycznie nie można być zawsze pewnym swoich umiejętności!
Piękne opowiadanie Maćku, bardzo ładnie, uczuciowo napisane..
Ciekawy opis a właściwie wielkie brawa dla Eli że , po tym wcześniejszym przykrym doświadczeniu potrafiła bez urazu na nowo otworzyć sie na góry.Zresztą Kto w nich zasmakuje ten nie potrafi sie bez nich obejść

maciek napisał(a):
Ten fatalny upadek zakończył się dla niej "tylko" wstrząśnieniem mózgu oraz niegroźnymi ranami głowy.


Dziś, po kilkunastu latach mogę powiedzieć, że nie tylko tak skończył się dla niej ten upadek. Trzy lata po tym zdarzeniu, Ela straciła zupełnie rozum...
...i wyszła za mnie za mąż.Wink Smile

maciek napisał(a):
Dziś, po kilkunastu latach mogę powiedzieć, że nie tylko tak skończył się dla niej ten upadek. Trzy lata po tym zdarzeniu, Ela straciła zupełnie rozum...
...i wyszła za mnie za mąż.Wink Smile


Czyli wyszło jej na dobreWink Pozdrowienia dla Ciebie i żonySmile

Agnieszka.S napisał(a):

maciek napisał(a):
Dziś, po kilkunastu latach mogę powiedzieć, że nie tylko tak skończył się dla niej ten upadek. Trzy lata po tym zdarzeniu, Ela straciła zupełnie rozum...
...i wyszła za mnie za mąż.Wink Smile


Czyli wyszło jej na dobreWink Pozdrowienia dla Ciebie i żonySmile


No i mnie szczęście dopisało.Smile

Pouczająco Maćku napisane.
Ja również odczułem strach przed upadkiem, a było to gdy po raz pierwszy wszedłem na Świnice i siedząc na jej szczycie zastanawiałem się jak ja zejdę na ZawratBig Grin ale również się wszystko dobrze skończyło.

Tak więc Twoja wyprawa oprócz dodatkowego doświadczenia z górami przyczyniła się do późniejszego,niewątpliwego szczęściaSmile
Pięknie opisana opowieść i to taka z mojej półki, ja też często mam w oczach strach (tzw. lęk wysokości), ale potem i radość, że się udało pokonać jakiś trudny fragment i ogromną wdzięczność dla gór, że pozwoliły!
Nie wiem czemu dopiero teraz tu trafiłem, ciekawa refleksja z "powrotem w Tatry" myślę że w oba lipcowe popołudnia góry okazały się łaskawe... to było szczęście w nieszczęściu że tak się skończyło.
Fajnie piszesz Maciek, czekamy na więcej Smile
Dzięki Maćku za tą relację. Z przejściem przez Rohacz mam też własne przeżycie.
Było to dawno temu. Jako student i świeżo żonaty, wyjechaliśmy na podróż poślubną właśnie w Tatry Zachodnie - Rohacze. Wtedy był jeszcze legalny camping niedaleko Zwierowki. Między innymi wybraliśmy się właśnie na Rohacz. Podotknę, że moja żona była niedoświadczona w poruszaniu się w tego typu górach. Trasę rozpoczeliśmy od Tatliakowej chaty i Doliną Smutną na Przełęcz Smutną. Kto zna widok na oba Rohacze z tej przełęczy, to sobie wyobrazi, że dla niedoświadczonego turysty to nie jest dobry widok. Nie chciałem ryzykować. Postanowiliśmy się rozdzielić. Ja miałem samotnie przejść przez oba Rohacze, Wołowiec i Rakoń zpowrotem do Tatliakowej chaty. Żona natomiast miała zejść prosto do chaty. Kiedy byłem chyba 15 minut na trasie, stwierziłem, że ja mam przy sobie wszystkie pieniądze, postanowiłem zawrócić i zostawić je żonie, która jeszcze miała odpoczywać w przełęczy. Jak ja byłem zaskoczony, kiedy po 5 minutach zobaczyłem swoją żonusię drapiącą się za mną. Chciała też spróbować przejść przez Rohacze. Ustąpiłem. Z początku było wszysko O.K. Pierwsze problemy u żony nastąpiły za Płaczliwym i przed Ostrym, kiedy natrafiliśmy na pionowe łańcuchy. Tutaj ją asekurowałem ze spodu i pokazywałem jej gdzie ma układać stopy. Przeszliśmy to szczęśliwie. To jednak nie był koniec. Kiedy odpoczywaliśmy na jednym ze szczytów Ostrego R., żona usłyszała jak jeden turysta mowi do innej kobiety (oni trasę pokonywali od Przełęczy Jamnickiej), że to najgorsze mają za sobą. To nie było dla żony pobudzające. Za podwójnym szczytem Ostrego jest skośna grań z łańcuchem, zakończona przepaścią. Dla doświadczonego turysty nic ciężkiego, ale dla nowicjusza Scary. Nie wiem co napisać. Do dziś widzę w oczach żony to przerażenie a u mnie ten strach o ukochaną osobę. Sekundy na tej kilkumetrowej półce, kiedy jedną ręką przytrzymywałem się łańcucha a drugą prowdziłem żonę, trwały wieczność. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Później na chacie skarciłem swoją połowicę, że tak się nie robi. Przedstawiłem sobie co by się stało, kiedy bym na grzebieniu wtedy nie zawrócił. Ona sama by pokonywała te niebezpieczne miejsca. Jeszcze dzisiaj mam z tego dreszcze. Brr...sweatingbullets Przypomniałem sobie to dzisiaj, kiedy Maciek przedstawił swoją relację.
Pozdrowienia dla Twojej żony. Niekiedy góry nam pokazują, kto jest tutaj panem. Moje motto: pokora i zawsze trzeźwa głowa.ermm

Stasiu napisał(a):
Do dziś widzę w oczach żony to przerażenie a u mnie ten strach o ukochaną osobę.(...)Pozdrowienia dla Twojej żony. Niekiedy góry nam pokazują, kto jest tutaj panem. Moje motto: pokora i zawsze trzeźwa głowa.ermm


Tak, Góry to miejsce niezwykłe. Przebywanie w nich z drugą osobą, czy osobami, kształtuje w nas odpowiedzialność za nie. Tego chyba się nauczyłem i nadal uczę.

Dzięki za pozdrowienia dla Eli. I wzajemnie.Smile

Dzięki Wszystkim za ciepłe słowa.Smile

Przekierowanie